Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/374

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Katarzyna myśli sobie:
Bóg wie, co im chce się?
O północy wiadra bierze
I wody przyniesie.
Niech wrogowie nie zobaczą,
Wszak blizko krynica.
Stanie sobie pod kaliną,
I zaśpiewa Hryca.
Aż kalina się rozpłacze,
Kiedy ją wysłucha.
Ona wraca, niewidziana
Od żywego ducha.
Katarzyna błogo marzy,
Do snu się układłszy,
Lub ubrana w białą odzież
Przez okienko patrzy.
Minął miesiąc, minął drugi,
Minęło półrocze,
I krwią czarną okipiało
Jej serce ochocze.
Przyszła boleść... ciężka boleść.
I po krótkiej chwili
Takie piękne, jak aniołek,
Już dzieciątko kwili.
Już sąsiadka jedna, druga,
I matce docina:
Wy za piecem hodujecie
Moskiewskiego syna.
............
Katarzyno! Katarzyno!
Nieba cię skarały:
Co ty biedna poczniesz w świecie
I sierotka mały!
Ty bez męża... on bez ojca,
Co wy uczynicie?
Ojciec... matka... cudzy ludzie,
Ej! niedobre życie!