Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/520

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Na progu chaty, na cmentarzu może,
    Stargrać ten pokój jakaś hydra czeka!
    A póki dzionek zaświta jutrzejszy,
    Ileż chmur ciężkich zawiśnie nad głową!
    Nasz skarb spowiedzi co chwila się zmniejszy
    Gdy nieszczęśliwi i grzeszni na nowo!
    Lecz byle dobrej nie zabrakło chęci,
    Łza i Chleb Życia są zawżdy dla rzeszy;
    Gorzej tym, których kapłan nie rozgrzeszy,
    Co od Bożego Stołu odepchnięci,
    Którzy się tulą z płaczem za filary,
    Jak ta dziewczyna i ten wieśniak stary.

    XV.

    W stronie kościoła — wiejski topór cieśli
    Już wybudował tarciczną ciemnicę,
    Już ją ubrali w kobierce i świece,
    Już tam Najświętszy Sakrament zanieśli:
    Rytuał rzymski jak zalecił wszędy,
    Wielko-Czwartkowe spełniono obrzędy.
    Naród hojnemi zalewa się łzami,
    Modli się szczerze i w piersi kołata,
    Że przed lat niegdyś dwoma tysiącami
    Chrystus w ciemnicy był więźniem Piłata.
    Ksiądz, co się trudził od świtania słońca,
    Zrzuciwszy ornat, chce wytchnąć po pracy;
    Już organista spieszy się do końca,
    Już mu nie wtórzą wioskowi śpiewacy;
    Już naród Boży, co gwarzył w przedsieni,
    Znaczno po głosach, że odszedł daleko;
    Nawet żebracy, pieśniami strudzeni,
    Już się na szczudłach do szpitala wleką.
    A jeszcze klęczą przed Najświętszą Panną
    Nierozgrzeszeni i cierpiący srodze,
    Starzec i dziewczę, ze łzą nieustanną
    Gorące czoła tuląc ku podłodze,
    Jakby wyciągał chłód ziemi surowej