Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/517

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Gdy po raz pierwszy spojrzała na ludzi!
    Gdy ludzkich źrenic ciekawych tak wiele
    Tysiącem żądeł w jej serce się wpiły,
    Chciała płacz wstrzymać — lecz nie stało siły,
    Bolesne łkanie jękło po kościele.
    Wreszcie się zrywa i oczy zasłania,
    Między filary najciemniejsze kroczy,
    Kędy na ścianie wisiał na uboczy
    Obraz Maryi, Matki przebłagania.

    XII.

    Tymczasem spowiedź szła dalszą koleją:
    Przychodzi jeden, i drugi, i trzeci,
    Wyznając winy, łzy pokutne leją
    Mężowie, starcy, niewiasty i dzieci;
    Kolejno skruchą oczyszcza się rzesza,
    Ręka kapłańska każdego rozgrzesza.
    Coraz mniej ludzi u konfesyonału,
    A dziad kościelny na wotywę dzwoni,
    Gdy stary wieśniak z siwizną na skroni
    Do świętych kratek zbliżył się pomału.
    Ukląkł pokornie, przeżegnał się zwolna,
    Westchnął głęboko, czapką twarz zasłania,
    A dusza prosta, do kłamstwa niezdolna,
    Poczęła swoje grzechowe zeznania.
    Niewielkie muszą być grzechy w człowieku,
    Co w cichej wiosce i z ludźmi prostemi
    Przebył wiek czynu — już we wspomnień wieku
    Spokoju bliźnich nie zmąci na ziemi:
    Bo krew, co krąży powolniej a czyściej.
    Dojrzałe myśli do spokoju zowie,
    I szał miłości albo nienawiści
    Nie zagra w sercu, nie zakipi w głowie.
    Próżno się z chóru organista zżyma,
    Że pora służby odprawować Boże:
    Starzec niedługo plebana zatrzyma,
    Bo taka spowiedź długą być nie może;