Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/514

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Skreślił znak krzyża — cofnęły się świadki,
    I najpierwszego z rzędu penitenta
    Przyzwał skinieniem przed pokutne kratki;
    Złocistą stułę skrzyżował na łono,
    Ukrył się w chustkę kraciastą, czerwoną,
    I począł badać aż do głębi ducha...
    Co tam gadali, Bóg chyba podsłucha.

    VI.

    Tak jeden, drugi, i trzeci, i czwarty,
    Zalani łzami, odeszli od kratek.
    W bocznych ołtarzach snadź z piersi rozdartej
    Jeszcze spowiedzi leje się ostatek.
    Już ksiądz nie słyszy, ale Pan Bóg słyszy,
    Jak z serca ciężka odpada im żmija,
    Pacierz pokutny kiedy szepcą w ciszy,
    Siedem Ojcze nasz i Zdrowaś Marya.
    A gdy serdecznie, jak Chrystus w Ogrojcu,
    Wyspowiadana modli się gromada,
    Kiedy ostatnie mówi Chwała Ojcu,
    Z kościelnych okien słońce na nich pada.

    VII.

    Bije godzina dziewiąta, dziesiąta,
    A pleban ciągle za kratkami siedzi,
    Lud to się przyszłą spowiedzią zaprząta,
    Albo rozgrzeszon idzie od spowiedzi,
    I klęka jeden, potem drugi po nim
    Przed Matką Boską i świętym Antonim.
    Bo jakież grzechy na wiosce być mogą?
    Jeden do pana odezwał się śmielej,
    Drugi swe żyto może przedał drogo.
    Trzeci w gospodzie hulał co Niedzieli,
    Albo na bratnią gospodarkę siada,
    Albo przekosił granicę sąsiada, —
    Lub kiedy latem dokuczały deszcze,
    On zbyt troskliwy o kopy w stodole,
    Po sześciodniowym a krwawym mozole