Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/448

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
XXIV.
Ot na białej, dzielnej szkapce,

Jakiś jeździec ku nam kroczy,
W szarej kurtce, w nizkiej czapce,
Co mu spada aż na oczy.
Patrzę pilno... i struchlałem...
Broń prezentuj, jak na wartę! —
Krzyknął kapitan z zapałem —
To sam cesarz Bonaparte —
Szerpentyna jak odżyły
Na śnieg skoczył z moich ręku.
Jezu Chryste, Panie miły,
Terefere tatuleńku!

XXV.
To był cesarz... nie inaczej;

Wstrzymał konia, spojrzał groźno
I zapytał: Co to znaczy?
Gdzie wasz oddział? co tak późno?
Myślę sobie: czym półgłówek,
Żeby zaraz tracić serce?
(A francuskich kilka słówek
Nauczyłem się w żołnierce).
Więc zdobywam się na siły
I powiadam bez zajęku:
Jezu Chryste, Panie miły,
Terefere tatuleńku!

XXVI.
Od początku, z tęgą miną

Całą sprawę mu wywodzę:
Co się stało z Szerpentyną,
Jak raniony padł na drodze,
Jakom kwapił się z posługą,
By go unieść do szpitalu.
Cesarz słuchał, słuchał długo,
I rzekł: Brawo, mój kapralu —
Aż mu oczy zaiskrzyły