Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/416

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Czemu kęs chleba, wydarty Łagodzie,
    Zdrowiu ludzkiemu i szczęściu nie służy?
    Czemu, gdy w jakim ukaże się domu,
    Kłótnię, chorobę lub śmierć niesie komu?
    Za co niewinnym trzeba karę znosić,
    Jeżeli żyją u Boga w zasłudze?
    Czy własnych grzechów na duszy nie dosyć,
    Aby opłacać przewinienia cudze?
    Czemu Zabora wesoły, bogaty?
    Czemu tak bujnie wyrasta mu niwa?
    A biedny rolnik z wyrobniczej chaty,
    Jedząc chleb jego, nieszczęście spożywa?
    Ja w mojej głowie tego nie wyjaśnię...
    Karczemne baśnie — nic więcej, jak baśnie!

    XXVIII.

    Widziałem w mieście, jak kupcy ciekawi
    Zboże Zabory chciwie obstąpili;
    I myślę w duchu: Czyliż od tej chwili
    Więcej tu cierpień i niezgod się zjawi?
    Ale zrządzeniem tajemniczej Ręki
    Sąsiedni piekarz jedną furę bierze,
    Wypiekł na chleby — wziąłem dwa bochenki,
    I chleb zaklęty jadłem na wieczerzę.
    A Pan Bóg, karząc Swej woli bluźniercę,
    Łoże niemocy zgotować mi każe,
    A ten, dla kogo niosłem bratnie serce,
    Bolesne na mnie jął ciskać potwarze,
    I chleb, nieczystą pokalany siłą,
    Krwawemi łzami oblać przychodziło.

    XXIX.

    Dziwne są drogi Opatrzności Bożej!
    Gdy grzechy chłoszcze, a zasługę płaci!
    A my zuchwali bluźnimy najsrożej.
    Cierpim za naszych ojców i spółbraci:
    Może w ten sposób miłosierna rada
    I nasze winy na ludzkość rozkłada,