Strona:Poezye Konstantego Piotrowskiego.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


III.

Już ziemia w uroczyste odziała się cienie,
Przyszła chwila wytchnienia — spoczęło Stworzenie.
Ucichły góry, pola, lasy; rzeczne wały,
Na miękkich brzegowiskach roskosznie drzymały;
Sen swój balsam na troski lał żyjących dzienne,
Sam tylko Jerzy łoże utłaczał bezsenne.
Tysiąc straż życia jego pilnuje dokoła,
Sen do udręczonego wduszy przyiść niezdoła.
Nie pomaga dóm pyszny, jedwabiem obity,
Jest jad, co tak żre serce, jak szatę mól skryty.
Wyszedł z swych progów. Ten sam był porządek świata,
W wielkiej bani taż lampa świeciła bogata.
Gwiazdy jak dyamenty lskniły się wbłękicie,
Toż łagodne powietrze trzymające życie.