Strona:Poezye Konstantego Piotrowskiego.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdy ziemię co raz nową człek nęka pożogą,
Natura dobroczynna jednąż idzie drogą!
Kurzącej się krwi, jeszcze nie oschłe strumienie,
Domy jak puszcze, głuche wiodące milczenie,
Tyle morderstw! Jerzego duszę troską poi,
Nie drzał przed człekiem, spojrzeć na niebo się boi.
Niebo, ziemia, cokolwiek w łonie swojem kryje,
Silnie mówią do duszy jego że Bóg żyje.
Bóg co s każdej blizniego łzy każe zdać sprawę,
A tutaj popłynęły takie rzeki krwawe!.
Ktoż jest tylu klęsk sprawcą? z jakiej to przyczyny,
Wyszli zbrojne z swych domów rozległych pól Syny?.
Kto ich uzbrajał mieczem wśród spokojnej pracy?
Jerzy i Ojciec jego, a oba Polacy.
Hasłem swobody kryjąc własnej zemsty cele,
Utaiwszy ród — toczą krew, krzywd swych mściciele!