Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Oczyma, usty, i dłońmi i rany
Świadczyć o Tobie, nad świat ukochany!
W boju, to w boju; — a w ciszy, to w ciszy,
A niech wciąż serce Boże głosy słyszy.
Bez téj miłości, wszystko z ręku leci,
Bez téj miłości słońce się nie świeci,
Słowo rzucone przejdzie jak wiatr lekki,
Albo jak kamień spadnie na dno rzeki.
Bez téj miłości daremne zasiewy,
Nic bo na ziemi nie zbudują gniewy; —
Czyliż kto widział, żeby gniew co spłodził...
Ten stworzył światy, kto wszystko pogodził,
I tak urządził to całe stworzenie,
Że mu posłuszne na każde skinienie
I jak świat wielki i jak wieczność długa,
Gwiaździe na drodze nie zastąpi druga.
Słońce ze słońcem w drodze się nie spotka,
I wciąż na niebie taka zgoda słodka,
A wszystko dziełem Wszechmocnéj prawicy.
To patrzmy jasno, Boży miłośnicy,
I z tą miłością co nam kości grzeje,
Niech pastuch pasie i niech rólnik sieje,