Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kapłan się modli, pracuje uczony,
I żołnierz staje do kraju obrony. —
Wesołem sercem Bóg chce być chwalony,
Z wesołem sercem, bez próżnéj obawy,
Idźmy po drodze różanéj, czy krwawéj,
Z wieczną nadzieją, jako słudzy Boży,
A wesołości téj wróg się zatrwoży
I rzecze: jakoż zwyciężyć mi one,
Których w skonaniu lica uśmiechnione,
Którzy nie patrzą, jeno słowa wiary,
I Boże niosą na czele sztandary?
I tak im konać łacno, jak się rodzić,
Przychodzić na świat, jak ze świata schodzić.
Jak tu cień rzucić oczom ich weselnym,
Jak tu śmierć zadać ludziom nieśmiertelnym?
Bo śmierć, — najmilsi braciszkowie moi!
Temu jest straszna, kto o siebie stoi;
Śmierć — bracia moi — to nie zejście z świata,
Ale téj Bożéj miłości utrata,
Ale ten smutek, co wysusza kości,
Ale ta zawiść i te niemiłości,
Ale te gniewy, co siły rozwodzą,