Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— »Królu mój bracie, niech cię Bóg chowa,
Otoć posyłam konia w ubraniu,
We strusich piorach, we złotem tkaniu,
I tarcz szeroką jak obraz złoty,
A świat nie widział takiéj roboty.
I ulubieńca mego sokoła,
Co na głos leci, gdy się go woła.
A proszęć gdy się podoba tobie,
Pomóż mi bracie w mojéj chorobie;
Wiem jako w twojéj żyje krainie,
Człek co cudami wielkiemi słynie,
Który u Boga sprawić to może,
Że wstanę zdrowy i wezmę łoże;
Owóż cię proszę do mnie go przyśléj,
A jako prędzéj już sam obmyśléj.« —
I podpisano od dziecka gorzéj:
Ludwik Francuzki, król z łaski Bożéj.

Był to król także swojego chowu. —
Przeto na wieżę posłano znowu,
Czy od pustyni święty nie kroczy,
Sto bitych srebrnych jeśli go zoczy.