Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pomknęła sarna, pędzą za drugą,
I lecą borem długo tak długo,
Ażci nareszcie o słońca wschodzie,
Ujrzą łaniątko przy cichéj wodzie:
Staw był szeroki ocienion drzewy,
Po stronach rosły krzaczyste krzewy.

— Hop! hop! — nieboga spojrzy w tę stronę,
Widzi dwie paszcze zdala czerwone,
Przesadza kłody drzew co pogniły,
Skacze, ostatniéj dobywa siły,
A coraz głośniéj zgraja myśliwa
Na świeżych tropach gęściéj zagrywa.

Kiedy tak pędzi ujrzy pod skałą
Za żywopłotem kapliczkę małą,
I krzyż niewielki z dwóch okrąglaków,
Z pomiędzy drobnych bieli się krzaków.
A pod tym krzyżem na świeżej łące,
Staruszek modli się na koronce.

Zwykle o białéj zorzy porannéj
Modlił się święty do Maryi Panny.