Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Godna mowa, złote słowa a bez żadnéj pychy,
Kapie wino w ludzkie usta, kapią łzy w kielichy.
Kiedy chwila tak szczęśliwa taka uroczysta,
Polskie serce się rozpływa jak oliwa czysta.
Kochajmy się wszyscy społem bez żadnéj różnicy,
Wiwat wojsko! wiwat chłopi! wiwat rzemieślnicy.
Kto Moskali wyforuje niech go Bóg ozłoci,
Niech się święci polska cnota, wiwat patrjoci.
Stoją rzędem kamienice i domki samotne,
Księżyc w chmurach, a po murach wiszą ćmy wilgotne.
Noc pochmurna nieprzejrzana, ciepły deszczyk pada,
W wielki wtorek miasto milczy, we czwartek zagada.
Pomnę ja te dni anielskie, pomnę ja te ranki,
Gdy mnie matka przynosiła woskowe baranki.
Pomnę ja te miejskie targi, założone tasy,
Pomnę owe upłynione szczerozłote czasy,
Pomnę Włocha z figurkami na podstawie z deski,
I gipsową Matkę Boską i jej płaszcz niebieski.
Cudnie, wonno i przestronno, w kościołach ogrody,
Wilgoć groty i blask złoty i skaczące wody.
Chrystus w grobie położony jak był z krzyża zdjęty,
Rany w boku, łza na oku, aż strach zdejma święty.