Strona:Poezje Teofila Lenartowicza1.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ty coś się kłamstwem przez życie nie zmazał,
Synu ubogich wolnych... tyś był Bogiem.

Gdyby w téj chwili gwiazda dobroczynna
Na Austerlic powiodła mnie pola,
Jakżeby postać świata była inna,
Z Grecyi, Włoch, Polski spadłaby niewola,
Gwiazdaby moja na chwilę nie zbladła,
Tylko korona i purpur by spadła.
I stałbym z gwiazdą złocistą w téj chwili,
Jak anioł swobód na placu Bastylii.
O mocy wieczna wróć mi dawną władzę,
A z ogniem twoim ziemię poprowadzę.
Nie, nie czas! nie czas... przyszłość, syn mój może,
I widzi siebie jak ręce zakłada,
A tam czerwieni się ogromne morze,
W które ognista kula słońca spada.
I cesarz patrząc w to olbrzymie koło,
Stłumionym głosem woła: armii czoło!...
I nieruchomy, na fale szumiące,
Już obojętny rozmyślon głęboko,
Na twarzy wstrzymał słońce zachodzące