Strona:Poezje Teofila Lenartowicza1.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lecz oto cienie ciągną już czerwone,
I w słodkich dźwiękach poczynają szeptać,
Wreszcie jak księżyc podnosi się mara,
Co mu zasłania słońce, cień Cezara.

Cezar okryty pórpurową togą,
Z wieńcem złocistym z nad głowy bezwłoséj,
Tryumfem rzymskim zakrył mu niebiosy,
I chłód po ziemi przeciągnął złowrogo.
Polska i Grecya i Włochy w tym chłodzie,
Śpiewać przestały hymny o swobodzie.

I świat się rzymski począł w oczach złocić,
Występowały bramy, dymy wonne,
Wieńce, kolumny i posągi konne,
A wolny człowiek jął się krwawo pocić,
Kiedy lud armja za nim weszła na tor.
I wykrzyknęła wiwat Imperator.

I z głowy ludu tego Kaporala
Którego mianem uczczono człowieka,
Powstaje imie co się we krwi wala,