Strona:Poezje Teofila Lenartowicza1.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I stała z łonem pokrwawioném nagiem,
Nad smutnym greckich wysp Archipelagiem.

On szedł zwycięzki ale inną drogą,
Ziemię radością przejmując to trwogą,
A choć ow wielki Alexander nowy,
Nie rzucał w przejściu olbrzymie podkowy,
Z którychby przyszłość na przestrzeni łanów,
Świadczyć coś mogła o przejściu Tytanów,
Zostawił pamięć nad pustyń smętarzem,
Która go dotąd zwie ognia mocarzem.

I cesarz widział całą swoją chwałę,
Na rozległościach spustoszonych wschodu,
I słyszał jak te wielkie legje całe,
Nieunużone trudami pochodu,
Proch setnych bitew ocierając z powiek,
Po każdym boju grzmiały: oto Człowiek!...
Choć od ośmnastu wieków już wiadomo,
Kto Alexander a kto Ecce homo.

Pod górą Tabor stanęła mu w oczach