Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/016

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bo on hardy, kraj chciał zgubić,
Mieczem i płomieniem;
Bo on Polskę chciał zaślubić
Żelaznym pierścieniem.

Chociaż głosił wciąż najwierniéj,
Miłosne zapały —
Zbrojne tłumy jego czerni
Po kraju szalały!

Oj, nie z takim to orszakiem,
Idzie się na gody —
I nie droga takim szlakiem
Do królewnej młodej!

I nie takie to ofiary,
Lubej się przynosi!
I nie z takiej krwawej czary,
Wiwaty się wznosi!

Purpurowym łuny pasem,
Niebo się pokryło —
A lud płakał już tymczasem,
Nad Wandy mogiłą.

Bo nim horda po zagonie
Rycząc, przeszła gniewna:
Już w srebrzyste Wisły tonie,
Skryła się Królewna! —

I zapłakał — łzy krwawemi
Naród, u mogiły:
„Wanda leży w naszej ziemi!”
Echa mu wtórzyły!