Strona:Podróże Gulliwera T. 1.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sparzyć, ubiór tylko mój bardzo źle wyglądał. Karłowi tą razą na moją prośbę przebaczono i tylko kilku plagami ukarano.

Nieraz Królowa naśmiewała się z mojej wielkiej bajaźliwości i pytała się mnie, czy wszyscy w mojej ojczyznie są tak lękliwi. Powodem do tego były nieznośne przykrości które od much wycierpieć musiałem. Brzydkie te owady, duże jak skowronki, ciągłem swojem zagłuszającem mnie brzęczeniem ani na chwilę pokoju mi nie dawały. Kiedym jadł rzucały się z zaciętością na mój pokarm i zostawiały mi tam swoje jajka i inne nieczystości dla mnie tylko widzialne, bo krajowcy tak drobnych rzeczy dojrzeć nie mogli. — Czasem siadały mi na nos lub czoło, i dręczyły mię tem nielitościwie, gdyż przytem czuć je było nieprzyjemnie. Mógłem też wyraźnie widzieć klejowatą materyą, za pomocą której, jak naturaliści utrzymują, te zwierzęta wiszącem ciałem mogą po powale chodzić. Z wielkiem tylko usiłowaniem mogłem je od siebie odstraszyć, a karzeł łapał często mnóstwo tych much i wypuszczał je wszystkie hurmem pod mój nos, chcąc mnie tem trwożyć a księżniczki bawić. Jedyny mój ratunek był, walczyć formalnie z temi nienawistnemi zwierzętami, a to nożem, którym je latające w powietrzu przecinałem; i wszyscy się dziwili nad wielką zręcznością którą przytem okazywałem.

Razu jednego piastunka postawiła mieszkanie moje przy otwartem oknie, dla nabrania swieżego powietrza (nigdy bowiem nie pozwalałem ażeby je jak klatkę wieszano na gwoździu): otworzyłem okno