Strona:Pl Poezye t. 1 (asnyk).djvu/052

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A Romeowie nasi nowocześni
Są jak z żurnalu wycięte figurki;
Tacy bezduszni, tacy bezcieleśni,
Że z nich zaledwie zostały tużurki,
Które, do taktu salonowej pieśni,
Skaczą kadryle, walce i mazurki,
Wzdychając przytem od czasu do czasu
Do dyamentów, gazy i atłasu.

Krew tam nie kipi purpurowym warem
I nie upiększa ciał swoim szkarłatem;
Zmysły, namiętnym nie owiane czarem,
Nie zakwitają egzaltacyi kwiatem, —
A to, co wschodzi, jest tak zwiędłem, starem,
Tak arlekińskiem i tak karłowatem,
Że może służyć na pastwę dewotkom,
Co się pobożnym poświęcają plotkom.

Ale dla pieśni niema tam oparcia:
Tyle tam ziarna, co w pustym orzechu;
Te straszne dzisiaj czułych serc rozdarcia
Na drugi tydzień goją się w pośpiechu.
Do tragicznego zanim przyjdzie starcia,
Cała tragedya kończy się na śmiechu:
Skąd i poezya nasza nosi znamię,
Że jest szyderczą, gdy uczuć nie kłamie.