Strona:Pisma wierszem i prozą Kajetana Węgierskiego.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Coś przyrzekał swoje względy,
Chronisz się odemnie wszędy,
Jedź dobrodzieju szczęśliwy
Nie będę ci natarczywy.
Cierpliwie me losy znoszę,
O nic nikogo nie proszę,
Wszakżeś bywał w moim domu
Niekłaniałem się nikomu,
Kontent zawsze z mojej doli
To mię tylko nieco boli,
Że ledwo coś urosł krokiem,
Hardym na mnie patrzysz okiem,
Jak traf podniósł, tak traf może
Strącić cię, strzeż się nieboże!
Wszystkich zgoła asystencie,
W wesołej minie natręcie,
Pełno cię jak widzę wszędy
Masz swe i u kobiet względy,
Jesz i pijesz trunek wszelki,
A nie kupisz swej butelki,
To mi rozum i to mi głowa,
Cudzym żyje, swoje chowa.
Wieź żonkę mężu łaskawy
Dla dziarskich chłopców zabawy,
Tylko cię skóra a kości
Takeś usechł ze zazdrości,
Na cóż oszalałeś człeku
Wsześćdziesiątym będąc wieku,
Piętnastoletnią dziewicę
Wziąć ci za oblubienicę! —
Co za tłok nieprzeliczony
Z każdej widzę leci strony:
Lichwiarze z dużemi nosy,