Strona:Pisma wierszem i prozą Kajetana Węgierskiego.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


NA BAL KSIĘCIA MARCINA LUBOMIRSKIEGO.[1]

Biedziłem się sam z sobą w domu przez czas długi,
Nareszcie od przyjaciół będąc nakłoniony,
Pomimo ciemnej nocy i przykrej szarugi,
Mimo tylu zmartwienia którym otoczony.
Śmieszną na siebie postać wziąwszy Arlekina,
Jechałem sobie na bal Xiążęcia Marcina.
Ledwie com wysiadł z fiakra ujrzę dwie dziewczęta,
Przebrane po wieśniacku z swoim motyantem,
Kładły w kieszeń trzewiki biedne niebożęta,
Znać złotówek nie miały i z Panem Amantem.
Wolałbym moje maski, rzekłem, pierze targać,
Niźli się po tym błocie tak daleko szargać.
Nic mi na to nie rzekły zabrudzone maski.
Ja też wcale nie wchodząc w dalsze ich poznanie
Przebyłem Liberyi uszczypliwe wrzaski,
Zły niezmiernie na takie mnie nieszanowanie.
Pytałem się jednego, jeśli się to godzi,
Usłyszał Xiąże i rzekł: Masce to nieszkodzi!
Kiedy to więc nie szkodzi, pomyśliłem sobie,
Będęż więc wszystkie maski obchodził koleją.
A naprzód miły Xiąże niedaruję tobie,
Na co masz drzwi otwarte gdy ludzie potnieją
Powtóre, Mości Xiąże, mało masz powagi.
Wdawać się z lada maską wcale nieprzystoi,
Tak zbytne upodlenie złe gdy bez uwagi,
Równie jako i duma, gdy się komu roi,
Wszystkiego miernie użyć trzeba mości Xiąże
Resztę ci potem powiem: bo do kogoś dążę.

  1. Jest i Trembeckiego wiersz znacznie krótki z okazyi widowisk dawnych przez M. Lubomirskiego. Jest też bezimiennego: „Wielki Post po balach Xcia Marcina.“