Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


maczenia zachować. I ty nie domyśliłaś się, że z nas dwojga tylko siebie uważam za zdolnego do podania tej trucizny publiczności polskiej? Przecież tylko ja upadłem... Tobie takie rzeczy miałbym proponować? Tobie — nieskalany aniołku mój!...
Jadwiga. Nie mów tak — nie mów, ojcze... Jaki ty jesteś nieszczęśliwy!...
Alojzy (biorąc z sobą gazety). To też pójdę pocieszyć się — miłą robotą... Ale nie brzydź się mną... Dziś nic ci do przekładu nie dam — ani jutro — może nawet nigdy... Pozwolisz się pocałować? (całuje ją) Przebaczasz?...
Jadwiga (błagalnie). Zapomnij o tem...
Alojzy. Tylko nie zapomnij o mnie... teraz — chociaż przez godzinę. Nie siedź tu sama i nie myśl... (oddalając się ku drzwiom swego pokoju). Proszę cię, nie myśl... Przeszłabyś się na spacer?
Jadwiga. Biński mówił mi, że nas chce dziś odwiedzić...
Aloizy (wracając — zestraszony). Biński?... Przecież chyba nie w towarzyskim jedynie interesie?...
Jadwiga. Dla czego — nie? Wszakże u nas bywa...
Aloizy. Tak bywa... i brzydzi się mną... a ja go się boję.. Za co on mnie trapi i naraża, a sobie przymus zadaje?... Przymus?! Ha, ha, ha, — co za naiwne głupstwo z ust mi się wyśliznęło! Ja dla ciebie się upadlam, a on nie miałby poświęcić się na spotkanie zemną!...