Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ty wzrastać będziesz w ucisku, ja zamierać w hańbie. Na oczkach twoich nie odbije się już nigdy obraz matki... O bodajbyś na nowo przyrósł do mojego łona! Czemuż mnie stwórco nie oszpeciłeś wszystkiemi znamionami brzydoty! Wszystkie choroby spadnijcie i pokaleczcie mi ciało, ażeby szkaradą odstraszyć mogło tych, których pięknością wabi. Dziecko moje!... (pada na kosz ze łkaniem, po chwili zrywa się i przybiega do męża). Kląć mi pomóź! Polosie mów — niech mi jak najmniej twoich słów przepadnie! (klęka przy nim) Oniemiałeś w rozpaczy... Wierzę... można umrzeć, żyjąc... Bronić swego narodu od dzikiego najazdu, doczekać się jego zagłady, paść poranionym na szańcu, wywlec się z pod trupów i odzyskawszy rodzinę, patrzeć, jak ją z postronkami na szyi rozkupują wrogi, a potem dan nią pastwić się będą... kary potępionych, czy możecie być okrutniejsze! Przekleństwo tobie spodlony grodzie kiedy śmiałeś mordować i jarzmić mój naród bratobójczą ręka! Melos skrzepłą krwią swych dzieci przez ciebie rozlaną wiecznie przypominać będzie światu twoją zbrodnię. Gromy nie milczcie wobec takiego gwałtu! Bogi, czemu nie dowodzicie swej obecności pomstą krzywdy i pomocą nieszczęściu!... (milknie przez chwilę — poczem mówi osłabiona). Chwile szczęścia... swobody... wspólnego życia... nadziei... jak gdyby wczoraj minione, a jednak niepowrotne... Jutro bez męża.. bez dziecka... sama... w przymusowych usługach rozpusty... (gwałtownie) Serce pęknij z rozpaczy i rzuć