Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Plutoforos (stając przed Trofosem). Więc zgoda po piętnaście za parę, bo mnie już twój upór znudził.
Trofos. Ja chciałem odrazu tyle.
Plutoforos. Dodajcie mi przynajmniej tego malca, co tam spi w koszu, bo doprawdy nie wiem, czy nie przepłaciłem.
Trofos. Eh!... zacznij obywatelu lepiej handlować szczeciną, bo widzę, że na ludzkim towarze się nie znasz. Przypatrzże się tym sztukom... Gdzie znajdziesz takie rozmiary, takie mięśnie, taką siłę... Ojciec mój wypielęgnował dwa poprzedzające pokolenia, nie dopuściwszy żadnej skazy; ja hodowałem tych również od dzieciństwa i ręczę, że ani jedna zła krosta nie splamiła ich zdrowia, ani jedna pokusa nie wkradła się bez mojej wiedzy w ich stosunki. Spytaj w całej Grecyi, jaka krew płynie w żyłach niewolników Trofosa. Spójrz! — olbrzymy, a dopiero puch obsypuje im ciała. Ledwie dwadzieścia lat poprzechodzili — i to w niewinności — mniej niż pół miny za rok takiego gatunku — to u was drogo?! A wiecie wy po czemu teraz zboże? Chcesz rękami niewolników wytaczać ze swych kopalń marmurowe bryły — do tego trzeba mocnych lewarów, droższych, niż kruche patyki. Doprawdy, aż mi wstyd sprzedawać dobry towar ludziom, którzy się na jego wartości nie znają.
Plutoforos. Małego dodasz?...
Trofos. On ma także swoją cenę. Zdrów.
Plutoforos. To mi go sprzedaj.