Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/024

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kriton. Kup Linosku oboje: on cię poznajomi ze sztuką Marsa, a ona — Wenery, bo dotąd żadnej nie umiesz.
Linos. Nic nie szkodzi, jeżeli się cokolwiek spóźnię, za to w twoim wieku obu nie zapomnę...
Kriton. Nie świergocz dumnie, mój ty nieopierzony gilu, bo jak cię dla pokazania mojej marsowej sztuki przez ten niedawno rozszczepiony dzióbek nadmę, to ci się aż skóra do przezroczystości wypręży.
Linos. Ha... ha... ha... Kriton, który nie może jednym tchem wymówić swego dwusylabowego imienia, chce świat przekonać, że mógłby, plując strzałami, przebijać ateńskie mury z odległości sokolego wzroku.
Kriton. Nie kuś mnie, świeżo wykręcona piszczałko, bo powiadam, że cię przedmuchnę...
Linos. Wprzódy odpocznij sobie, boś się zmęczył tą groźbą...
Plutoforos (do Trofosa krającego na boku chleb). Sześć i pół...
Trofos. Chlebem ich pasłem — nie gliną...
Plutoforos. A targujesz się, jak gdyby — ambrozyą (siada z tabliczką na stronie i rachuje).
Trofos. Masz wolę — wolną.
Linos. Za tę samiczkę dam sześć min...
Trofos (rozdając chleb, którego Polos z Melitą nie jedzą). I nie dostaniesz jej.
Kriton. Dobrze robisz, Trofosie, że mu jej sprzedać nie chcesz, bo to pisklę uczy się dopiero abecadła mi-