Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na rozpostarty w dole obraz zniszczenia. Wszystkie budynki leżały w zgliszczach, tu i owdzie czerwonawe płomienie, niby warczące nad kośćmi lamparty, ogryzały głownie, a śród nich czarne i bure dymy włóczyły się jak hyeny na pobojowisku. Moron wodził za nimi wzrok radością napojony. Wreszcie podniósł ręce i błogosławił swój lud. Wówczas od dymów stosu Tylona i zgliszcz osady zaczęły się odrywać obłoczki ludzkich kształtów, które podążyły w jednym kierunku i niby wianek gołębi zawisły nad jednym zgorzałym domem. Po chwili uniosły się z tego miejsca dwa inne białe obłoczki, przybierające coraz wyraźniej postacie mężczyzny i kobiety, które wzbiły się wysoko i wraz z tym orszakiem popłynęły w przestrzeń. Moron je rozpoznał i błogosławiące ręce opuścił. Wzeszło słońce, przystanęło na niebie i zdumionem okiem spojrzało na cmentarz Mirów. Natura nie powitała swego monarchy zwykłym hymnem porannym. Zdawało się, że wszystkie w niej głosy oniemiały, wszystek ruch zdrętwiał, że nawet czas zatrzymał się na chwilę, obejrzał i spieszniej odszedł drogą ku wieczności.


koniec części drugiej.