Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


było, że miecz w przymierzu z ogniem dokonał zagłady, skalista twarz arcykapłana zajaśniała niehamowaną radością. Milcząc, nie odpowiadając na ciągłe pytania niespokojnego Tylona, który skrępowany z zawiązanemi oczami leżał przy stosie suchych gałęzi, śród dwóch zbrojnych stróżów, stary patryarcha poił wzrok wymarzonym a rzeczywistym widokiem. Krzyki mordowanych grały w jego uszach hymn potęgi Jama, a łuna pożaru oświecała zorzą szczęścia przyszłość jego ludu. Dał znak — strażnicy położyli Tylona na stosie. Moron wzniósł natchnione oczy do nieba i mówił.
Moron. Boże nasz, spełniła się wola twoja i okazała się moc twoja, a my spożywać będziemy owoce nowej łaski twojej. O Panie, Panie, jakżeś wielki w sile i szczodry w hojności swojej! Wszystko stworzenie, sławiąc cię od wieków, nie może wypowiedzieć, kim jesteś, tem mniej uczynić to zdołają usta moje. Ale nie wzgardź, Ojcze, tą dziękczynną ofiarą, którą ci ubogie dzieci składają!
Długim i szerokim nożem przerznął gardło Tylona, nabrał w dłoń krwi i pokropił nią stos, który, podpalony w tej chwili przez strażników, rozgorzał bujnym płomieniem. Już świt dnia przecierał się na wschodzie przez opony nocy. Mgła poranna otoczyła szerokim kołnierzem szczyt góry, na której Moron złożył bogu całopalenie, a z tego lotnego kręgu dobywała się gorzel stosu, niby ognista kiść wulkanu. Pogromcy Mirów, ujrzawszy tę ofiarę, odpowiedzieli na nią grzmiącym okrzykiem uniesienia. Moron, wciąż nieruchomy, z głębokim zachwytem patrzał