Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie... Potwarz zabiła prawdę... i przebrała się w jej szaty.. Mój dobry, czysty Arjos... Nie... Przyjdź, kochanku, i powiedz. Nie... On?... Niech bogowie poświadczą, nie uwierzę... Wszystko kręci się wirem około niego... On stoi i milczy.. Przemówił... Nie!...
Ogień, przeskakując z budynku na budynek w szalonych pląsach, zaczął lizać swymi palącymi językami ściany domu Orli. Ale ona odurzona boleścią, nie pojmowała niebezpieczeństwa, czuła tylko bezwiednie, że jej powietrza do oddechu braknie. Nagle drzwi, roztrącone silną ręką, rozwarły się, i na żółtem tle płomieni zewnątrz ukazała się czarna postać.
Zebor. Jest!
Orla. To nie ty, Arjosie!
Zebor. Ha, ha, ha!
Śmiech ten gruby, ciężki, bezdźwięczny, miał szczekające tony drapieżcy, który stanął oddalony już tylko na jeden rzut od swej zdobyczy i nie spodziewa się ani przeszkody, ani oporu. Po tym krótkim śmiechu Zebor wydał głos, jak gdyby zgrzytnął gardłem, skoczył do Orli, krótkim mieczem przebił na wskróś jej pierś, zdarł z niej płat koszuli, umoczył we krwi i wybiegł. Tymczasem ogień z wielu stron uczepił się domu, po słupach i węgłach wlazł na dach, a wężyki jego wsuwały się wszyskimi otworami do wnętrza. Zabójczy cios ożywił chwilowo Orlę. Próbowała ona podnieść się i zrozumieć okropną prawdę swej śmierci. Ale z każdą kroplą krwi wyciekały jej siły. Zwisła na poręczy łóżka, a mdlejący jej wzrok uwiązł nie-