Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Orla. Widzisz, że on tu jest.
Lida. Pali się gdzieś dom... może nawet kilka... Pobiegnę i dowiem się... Zaraz wrócę, moje dziecię...


Widok 17.

Wrzawa rosła i przysuwała się. Z jej skotłowanego odmętu wytryskały co chwila pojedyncze rozpaczliwe krzyki lub dzikie wycia. Czasem znowu zrywał się tuman rozdartych bólem głosów, żałosnych błagań, zwierzęcych ryków, jak gdyby je wicher zgarnął, zmieszał i cisnął w przestrzeń. Czuć było pochód wielkiej burzy, która miażdżyła okrwawionemi stopami istnienia ludzkie i zmiatała ich schroniska pożogą. Przez małe okienka i przez szpary domu wślizgiwały się coraz liczniej złowrogie smużki łuny, a wkrótce już można było rozpoznać chrapliwe warczenie ognia, rzucającego się na sąsiednie budynki,
Orla, utkwiwszy skamieniałe oczy w drzwi, przez które matka wyszła, nie oderwała ich ani na chwilę. Ciało jej unieruchomił bezwład śmiertelnej trwogi, na twarz wystąpiła liliowa bladość, usta roniły jakieś szepty, podobne do szeptów kwiatu. Tylko w obnażonej nieco piersi drgało serce mocnym przyśpieszone ruchem. Nagle przed domem przeleciało w popłochu stado ludzi z okrzykiem:
Moronowie! Arjos zdradził!
Orlę krzyk ten targnął gwałtownie i wyrwał z odrętwienia. Zrzuciła nogi z łóżka, jak gdyby chciała biedz.
Orla. Arjosie... tyś zdradził?
Pytanie to usta jej powtórzyły kilkakrotnie coraz ciszej. W długich przerwach z gorączkowym jej oddechem zaczęły wypadać szepty.