Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dotknie łagodnie — zawsze ukąsi. Ja go się boję... Woda poczciwsza: głaszcze, pieści...
Lida. Ale zdradliwsza od niego: pieszczotami zwabi i utopi.
Orla. Nie, ja ją wolę... Po co ludzie wymyślili drapieżny ogień?
Lida. Bogom wypadł z nieba, ludzie go znaleźli i nie oddali.
Orla. Posłuchaj, mateczko, jak drzewo, ginąc, skarży się...
Lida. Spij, Orlo kochana.
Orla. Już mi się mrużą powieki... Czemu ja się trwożyłam?... Arjos wraca zdrów i wesół... Widzę go doskonale... Świętojańskie robaczki lecą przed nim długą wstęgą i wskazują mu drogę... On do nich śmieje się, łapie je w garść i puszcza, a one znowu rozpościerają swe skrzydła i świecą. Gdzie Tylon? Wyprzedził go, czy pozostał w tyle?...
Lida. Przestań mówić, bo nie uśniesz.
Orla. Zaraz mateczko. Widzę już i Tylona... Co on dźwiga? Upolował jakieś duże zwierzę... Dlatego idą powoli... Powinien rzucić ten ciężar i nie spóźniać się. Nie, niech go już doniesie... niedaleko. Brzydkie robaczki świętojańskie — zniknęły... Ciemno... A, nie!... Przed Arjosem fruwa ogromny motyl, który błyszczy jak gwiazda... Dobry bóg go zesłał.
Lida. Orlo, ty jeszcze nie śpisz?
Orla. Dobrze mi, mateczko, takie śliczne przesuwają