Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kiem bazyliszków, które wiją się, syczą, kąsają go. Czy on może teraz spać?
Idal. Nie.
Arjos. A widzisz, że i ty tak sądzisz, chociaż on cię nie oddarł od kochanki i nie uwięził. Niech się męczy i niech w katuszy przeżyje cisy, które dopiero wczoraj z ziarna wykiełkowały. Ja będę szczęśliwszy od niego. Bo jeżeli nawet tu umrę, nie ujrzawszy Orli, i jeżeli ciała nasze spoczną w innych grobach, moje zamieni się na lekki gaz, który wnętrzem ziemi między ziarnkami piasku przeciśnie się do niej. I znowu będziemy złączeni. Aż do tej chwili ściana oddzielająca nasze groby, drżeć będzie ciągłą zgrozą. Tak! Wokoło cicho, a we mnie podnosi się coraz większy huragan! A ich nic nie budzi? Ród także śpi? Śpi to stado szerszeni, które zbite w kupę mniema, że jest ogromnem, wielkiem zwierzęciem, że całą ziemię brzuchem swym pokrywa, niebo grzbietem rozpiera... Niech śpi, niech mnie zmiażdży, aby tylko mojej Orli nie dotknął... Tak, Idalu, szczęście jest to mały człowiek, a nieszczęście — wielki jego cień.
Idal, który już nie słuchał uważnie ostatnich słów Arjosa, gdyż rozglądał się trwożliwie, wyjął szybko nóż rozciął mu pęta na rękach, a następnie zranił się głęboko w ramię.
Arjos. Dlaczego to zrobiłeś?
Idal. Ród nie śpi, lecz wyszedł cały dla wymordowania Mirów.