Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mogły. Była to pieśń, błagająca u boga opieki i pomocy. Wznosiła się ona z ziemi na skrzydłach szerokich i miękich, rytmem powolnym, melodyą głęboką, wzruszającą.
Arjos, który siedział w namiocie zesztywniały bólem, z głową na piersi zwieszoną, usłyszawszy pierwsze tony śpiewu, wyprostował się. Na twarzy jego rozlał się rzewny uśmiech.
Arjos. Moja pieśń... którą dla nich wygrałem na strunach, rozpiętych między niebem a ziemią... Dlaczego oni ją dziś śpiewają, czemu tak późno? Czy przed nimi stanęło widmo niedoli, czy im zgryzota zdarła sen z powiek, że proszą boga o ratunek? Może on rozświecił ich sumienia nagłą błyskawicą swego gniewu? Może bóg nie jest takim, jakim go Moron przedstawia, ale jakim go dusza moja wymarzyła. Ojciec, nie Pan. O, tak ..
Śpiewa

Tyś nas nie stworzył tylko rozumem,
Ty nie stworzyłeś nas tylko wolą
I nie stworzyłeś nas tylko mocą,
Lecz tyś nas stworzył także miłością,
Więc bądź nam ojcem.

Gdy głucho szemrzący chór umilkł, w piersi Arjosa zaczął płakać smutek, który mu się wylał przez oczy potokami łez, a przez usta wydobywał się łańcuchem ciężkich westchnień.
Czy znowu zasnęli? Po co śpiewali tę pieśń? Czy Moron chciał nią mnie rozczulić albo udręczyć? Bo przecież skoro mnie przeklął i obiecał ukarać więzie-