Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dlatego nie puszczę cię aż do nocy, gdy lud mój już w drogę wyruszy. Chociażbym uwierzył tobie, nie uwierzę twoim rodakom, którzy mogliby uczuć chęć ścigania nas. Nic więc im o nas nie zaniesiesz, bo nic widzieć nie będziesz.
Tylon. Każesz mi oczy wyłupić?
Moron. O nie, zbyt wielką one mają wartość dla ciebie, a zbyt małą dla nas. Gdybyś był wpadł w naszą moc sam lub z kimś innym, byłbym cię zatrzymał dla zamiany na Arjosa... Skoro go już mam, nie potrzebuję zakładnika.
Tylon. Więc cóż ze mną uczynisz?
Moron. W nocy, gdy lud mój zacznie opuszczać tę kotlinę, wyprowadzę cię na górę, gdzie zostałeś ujęty. Tam moi ludzie zwiążą ci, oprócz rąk, nogi, ażebyś nie uciekł, zasłonią oczy, żebyś nic nie widział i położą cię obok stosu suchych gałęzi. Ja sam tylko zostanę przy tobie. Gdy mój lud już się oddali, wtedy zapalę ów stos, którego płomienie zwrócą uwagę twoich rodaków. Przyjdą oni do ciebie dziś jeszcze lub jutro, ale nas już nigdzie nie dojrzą.
Tylon. Nie pojmuję cię, Moronie. Wczoraj jeszcze każde twoje słowo drapało, a dziś głaszcze szeptem. Tak nagle my staliśmy się straszni, a wy lękliwi?
Moron. Bóg nam odjął moc swoją. Arjos, którego on umiłował i chciał mieć pierwszym sługą, obraził go i zagniewał na całe plemię nasze. Nie jesteśmy już dziś wczorajszymi ulubieńcami Pana. Ciężką pokutą