Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tylon. Nie skręcaj prawdy, Moronie: ja jeden nie mogłem ścigać kilku tysięcy was.
Moron. Wiem o tem, bóg mnie uprzedził, że wyjdziesz na wysoką górę, ażeby zobaczyć, gdzieśmy się podzieli i gdzie nas znienacka zaskoczyć można.
Tylon. Albo ci bóg tego nie powiedział, albo się omylił. Weszliśmy z Arjosem na górę dla przekonania się, czy opuściliście tę krainę i czy możemy nie obawiać się waszego napadu.
Moron. Widziałeś twoich rodaków i widzisz nas: wyznaj szczerze, którzy bardziej wyglądają na strwożonych, my czy oni. Gdy wzgardliwie odtrąciliście przymierze z nami i przeciągnęliście do siebie Arjosa, nie wątpiliśmy, że zechcecie nas stąd wyprzeć i wygnać w pustynię, ażebyśmy w niej wyginęli z głodu. Woleliśmy więc sami ustąpić, a tymczasem schroniliśmy się tutaj, zanim wywędrujemy dalej. I oto ty się zjawiasz, wypatrujesz naszą kryjówkę i oburzasz się, że cię zatrzymujemy? Tylonie, wy nas przestraszacie, ale my jeszcze nie zaniechaliśmy obrony.
Tylon. Zdaje mi się, że rozmawiasz ze mną we śnie. Nikt z nas nie myślał was zaczepiać, tylko przeciw wam się ubezpieczyć. A jeżeli tu przybyłem na zwiady, to w nadziei, że wróciwszy wieczorem do domu, doniosę moim rodakom, że was nigdzie nie dostrzegłem i że odsunęliście się daleko.
Moron. Tak zrobimy, ale nikt z Mirów wiedzieć nie może, dokąd, a nawet w którą stronę udaliśmy się.