Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bo małe góry. W dawnej ojczyźnie dawnego mojego rodu...
Tylon. Cicho... jakieś gwizdanie...
Arjos. To świstaki się bawią... Znam wszystkie głosy zwierząt, jak gdybym je stworzył. Spojrzyj-no, Tylonie, na rzekę, na osadę waszą, a teraz i moją, jak ona ślicznie wyglądo[1] na tle zieleni łąk i drzew. Wszystkie budynki rysują się już jasno, widzę wyraźnie wasz domek, gdzie moja Orla może w tej chwili otwiera oczy, które jej zamknąłem pocałunkami. Tylonie drogi, jak ja was wszystkich za nią kocham! Skarć mnie, wyznam ci jednak, że już do niej tęsknię. Dzień dzisiejszy mi przepadnie. Całować ją będzie powietrze, woda, słońce, wszystko, co ją dotknie, a ja nie. Gdybyś ty wiedział, jak bogatym czuję się z nią, a jak biednym bez niej!
Tylon. Przestań mówić, bo coś słyszę...
Arjos. Bociany klekoczą... W waszem niebie nie ma bogini piękności dlatego, że ukryła się w ciele Orli.
Tylon. Arjosie, zamilknij, te góry nie są puste.
Arjos. Nikt o tem nie wątpi... Mój Tylonie, pozwól mi uściskać cię... potrzebuję tego... Ty jesteś jej bratem... Będę z tobą słuchał, chodził, tylko uspokoję się... Popatrz na mnie swoim dobrym wzrokiem, w którym zamigocze czasem spojrzenie mojej Orli...
Rzucił się na szyję Tylona, który objął go serdecznie ale nagle oderwał się i zatrwożony szepnął.
Tylon. Tu niedaleko są ludzie.

  1. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — wygląda