Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tylko ich białe płótna namiotów odbijały się jak stado mew na ciemnych falach nocy. Nareszcie od strony świątyni ukazała się wysoka postać, która stanęła przez chwilę zwrócona ku Arjosowi i znikła w gęstwinie mroków. Widocznie powiał od niej ku niemu przenikliwy chłód, bo Arjos otrzeźwił się z rozmarzenia i powiódł wzrokiem wokoło.) Naturo, chyba żaden dźwięk nie sprawia ci rozkoszniejszego drżenia nad to, które śpiewa dusza moja: Orla! Ha, z jakąż radością powtórzyły to imię niezliczone odgłosy! Już i jutrzenka, zbudzona tem hasłem, wybiegła wcześniej na niebo z zarumienioną od wesela twarzą. Niebawem i słońce wejdzie z promiennym uśmiechem.


Widok 5.

Dom rady plemienia Mirów, zbudowany z kamienia i wzniesiony w środku osady na wzgórzu, był całkiem odkryty dla nieba, ażeby bogowie mogli bez przeszkody widzieć i słyszeć toczące się w nim rozprawy. Miał on tyle wejść, ile plemię liczyło rodzin, łącznie żyjących pod władzą i opieką najstarszych ojców, którzy stanowili radę królowej ludu, najstarszej w nim matki. Przez drzwi te weszli wczesnym rankiem uczestnicy wiecu, przybrani w długie, zielone płachty na nagich ciałach, do których należał również Tylon, i usiedli na prostych, drewnianych ławkach. Za nimi wkrótce przez osobne, najszersze podwoje, przyszła sędziwa matka i królowa Mirów, Mirolana, w otoczeniu kapłanów. W żółtej, powłoczystej szacie z twarzą stuletniem życiem zsuszoną, z oczami ociemniałemi szła niepewna i drżąca, podtrzymywana przez ka-