Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdyby kiedykolwiek zapłakała skargą na mnie, a ja bym wypił te łzy, otrułbym się niemi.
Gdy jej nie widzę, czas i przestrzeń drobią mi się na mniejsze cząsteczki, niż najszybsza myśl uchwycić może.
Gdyby myśli moje o niej były cieńsze od nici pajęczych i gdyby nas przedzielał świat cały, codzień bym go zasnuł niemi.
Oto przede mną całe stworzenie Twoje, Boże, a ja nic nie widzę, tylko ją.
Koło mnie przepływają jakieś szumy, a ja nic nie słyszę, tylko jej głos.
Jeżeli można ją jedynie wyżebrać, będę żebrał.
Boże dobry, Boże litościwy, daj mi ją, a nigdy żadna moja prośba nie trąci ucha Twojego. (Z twarzą ku niebu podniesioną czekał długo i daremnie na jakiś skutek swych wyznań i błagań). Czy gwiazdy są głoskami boga, któremi on na niebie pisze swe wyroki i czy z nich nie ułożył dla mnie odpowiedzi? Nie, nie przesunęły się, stoją w tych samych punktach, co zwykle. A może one w tem stałem położeniu wyrażają jakąś myśl boską, odpowiadającą na wszystkie pytania ludzkie, tylko że jej dotąd nikt odczytać nie zdołał? Może... (Opuścił głowę w zadumie i pogrążył w niej duszę bezdennie. Ziemia oddychała tak cicho szelestem liści i traw, jak gdyby chciała w mięki i łagodny spokój owinąć jego czułe serce. W obozowisku Wirów, od dziś Moronami zwanych, nie połyskiwało ani jedno światełko,