Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wierni modlitwą do boga. Jak prorokom bogowie, tak mnie ona schodzi do duszy i składa w niej najlepsze myśli i uczucia.
Moron. Co ty czytasz?
Arjos. Błąkając się w pustyni, spostrzegłem pewnego dnia, że serce mi goreje jakąś światłością. Gdy wpatrzyłem się, ujrzałem na niem wyryte słowa, które teraz z niego czytam.
Moron. Dokończ.
Arjos. Za nic goręcej nie powinienem dziękować stwórcy, niż za to, że ona istnieje.
Jak wszystko, co mądre, przypomina boga, tak wszystko, co piękne, przypomina ją.
Bóg uczynił mi ją w dniu słońcem, w nocy — gwiazdą, w burzy — przybitą na niebie błyskawicą. Odtąd nie błądzę.
Na innych kobietach pozostawił słabe ślady swych przelotnych dotknięć, na niej — znamię czułego pocałunku.
Powracającym z ziemi do nieba ludziom odbiera postacie w życiu oszpecone i daje im świeże. Tylko jej postaci nie zmieni, bo ona przyniesie mu piękniejszą, niż otrzymała.
Moron. O kim ty mówisz? Kto ona?
Arjos. Idź tam za rzekę, do Mirów, i mów: Kwiaty widząc ją, przystrajają się nowemi barwami według jej uroków. Słowiki siadają na drzewach przy jej domu i kołysząc ją do snu coraz dźwięczniejszą pieśnią,