Strona:Pisma II (Aleksander Świętochowski).djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jako wiele obiecujący krytyk jednego z pism warszawskich i dlatego pobierający aż grosz od wiersza chętnie drukowanych artykułów, mieszkałem do spółki z tyleż obiecującym i tyleż cenionym kolegą w dwu pokoikach na trzecim piętrze, w olbrzymim domu przy ulicy Wielkiej, której nazwa była jedynym zadowoleniem naszej głodnej sławy. Gdym zapalił świecę, spostrzegłem Henryka, stojącego nieruchomie na środku pokoju z oczyma utkwionemi w podłogę.
— Rozbierz się i siadaj — prosiłem.
— Zdjął palto i rzuciwszy się na najbliższe krzesło, zapytał:
— Czy jesteśmy sami?
— Zupełnie.
— Bo widzisz — rzekł jakimś przykrym tonem — jeżeli ty jesteś już niepotrzebnym spowiednikiem moich wyznań, to tem bardziej zbytecznym byłby jeszcze ktoś drugi.
— Ależ mój drogi — zauważyłem zdziwiony – ja wcale żadnych wyznań od ciebie nie żądam.
— Mimo to przyszedłem tu, ażeby się wyspowiadać przed tobą z pewnych grzechów mojego serca; nie dlatego, że chcę, ale dlatego, że muszę.
Umilkliśmy na chwilę.
— Czy nie mógłbyś mnie i siebie uwolnić od tych przykrych zwierzeń? — spytałem zakłopotany.
— Nie — odrzekł Bukowski i znowu zamilkł.
Blada jego twarz to obciągała się chmurami, to