Strona:Pisma II (Aleksander Świętochowski).djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Chwyciliśmy — zawołała podbiegając — ukryć się pan chciałeś — ha? Ślicznie, comme il faut młodzieniec. Dom mój omija i przywitać nawet przy spotkaniu nie raczy.
— I owszem pani... próbowałem się tłómaczyć.
— Nie wykręcicie się, jak wiun — przerwała. No, otwarcie, dlaczego pan u mnie nie byłeś tak długo?
— Zajęcia...
— Znam ja wasze zajęcia, ale już prosić nie zacznę. U mnie łaska życzliwych znaczy dużo, a niełaska nieżyczliwych — mało. Przed bramą nie stanę i łapać dobrodzieja nie będę.
— Ależ najchętniej — kiedy pani pozwoli.
— Ze słów sznur do nieba ukręcisz, a na dach po nim nie wleziesz. Pozwolenia nie potrzeba, pan wiesz, że u mnie co wtorki drzwi dla znajomych otwarte. Jeśli więc chcesz mnie przekonać, nie gadaj dziś, tylko przyjdź jutro.
To rzekłszy, odbiegła, wzięła nuty i kłaniając mi się zdaleka, dodała ciszej we drzwiach, puściwszy naprzód swoją towarzyszkę:
— W nagrodę poznam pana z ładną kuzynką.
Wyszła. Bukowski popatrzył długo na mnie, potem w okno, wreszcie rzekł drzącym głosem:
— Nie mam chęci iść do teatru, ale poszedłbym do ciebie.
— Dobrze.
Za chwilę byliśmy na ulicy.