Strona:Pisma Henryka Sienkiewicza (ed. Tyg. Illustr.) vol. 81.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—  253  —

wzrósłszy wśród przeciwności, stwardnieli, zahartowali się i umieją sobie sami dawać rady. Ale w tem pokoleniu, do którego należał Małdrzyk, iluż podobnych Małdrzyków? Iluż to ludzi zdolnych do ogromnych jednorazowych poświęceń, nadzwyczajnych jednorazowych wysileń, ale niezdolnych do wytrwałej organicznej pracy — ludzi, którzy, nie zapomniawszy niczego, niczego się nie nauczyli. Ale, jeśli za to drugie należy ich potępić, pierwsze zbawia ich pamięć. I dlatego zapewne sędziwy autor, wykazując ich wady, wystawiając ich na widok publiczny, jako przestrogę dla społeczeństwa, mówi o nich z miłością raczej, niż z nienawiścią. Może także, kreśląc te postaci, w których tak jaskrawo wszystkie braki nasze społeczne się rysują, ale którym nie brak i stron prawdziwie sympatycznych, ma na celu dać jeszcze inną przestrogę nadchodzącemu odmiennemu pokoleniu — przestrogę, że trzeba koniecznie i dobrze jest wiele się nauczyć.
Niewiadome nazwisko na kopercie, znane tylko autorowi, trochę łez, westchnień, nieco woni zasuszonych w pugilaresie kwiatów, z przymieszką perfum damskich, dobra doza księżycowego światła, przy którem lubią się przechadzać cienie zawiedzionych kochanków — oto „Nowelle do nieznajomej“. Należy jeszcze dodać, że jest w nich wiele elegancyi, dobrego smaku i nieco talentu, a obraz będzie zupełny.
Jakom żyw, nie czytałem dawno książki