Strona:Pisma Henryka Sienkiewicza (1883) t. 5.pdf/254

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Jakbym jednego bez łeb lunął, toby się ze czterech wywróciło.
    — Musi jakoś zmarnieli — odrzekł również rozczarowany Wojtek.
    — Po jakiemu oni szwargocą?
    — Juści nie po polsku.
    Uspokojony pod tym względem Bartek, poszedł daléj wzdłuż wagonów.
    — Straszne kapcany! — rzekł skończywszy przegląd wojsk liniowych.
    Ale w następnych wagonach siedzieli żuawi. Ci więcéj dali Bartkowi do myślenia. Z powodu że siedzieli w wagonach krytych, nie można było sprawdzić, czy każdy jest chłop, jak dwa albo trzy razy zwyczajny człowiek, ale przez okna widać było długie brody i marsowate, poważne twarze starych żołnierzy o ciemnéj cerze i błyszczących groźnie oczach. Duch Bartka znowu skierował się ku ramionom.
    — Te straszniejsze — szepnął cicho, jakby się bał, by go nie słyszeli.
    — Jeszcześ nie widział tych, co się nie dali wziąć — odparł Wojtek.
    — Bójże się Boga!
    — Obaczysz.
    Napatrzywszy się żuawom, poszli daléj. Zaraz przy następnym wagonie Bartek rzucił się w tył jak oparzony.
    — O, rety! Wojtek, ratuj!
    W otwartém oknie widać było ciemną, prawie czarną twarz turkosa z przewróconemi białkami oczu. Musiał być ranny, bo twarz wykrzywiła mu się cierpieniem.