Strona:Pisarze polscy.djvu/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niepomny. Ale i on ma swój głos własny, jednakowy i wszystkim wspólny, głos cichy, słyszany tylko dla tych, którzy mu ucho do serca przyłożą — bolesny głos serca przy niefrasobliwym śmiechu ust i gardła.
Przy rosnącym milionowym ogromie, ledwie tknięte wirem współczesnym, piętrzy się Stare Miasto: dawna Warszawa murem niegdyś opasana, stłoczona, wązka, a ku górze się pnąca wysokimi frontami sześciopiętrowych kamienic, wieżycami i kopułami kościołów, nad którymi niby w chmurze zjawiony ze szczytów St. Jańskiej katedry rysuje się olbrzymi posąg Zbawiciela. Mimo tylu zamętów dziejowych tu prawie wszystko zachowało jeszcze dawne wejrzenie: z krańców tylko, od Podwala i Długiej podkrada się ostrożnie nowe życie, waląc przed sobą w gruz dawne mieszczan domostwa, podźwigając bezkształtne, monotonne, lecz przestronniejsze budynki.
Lecz po za tem ulica Ś-tego Jana dziś taka sama jak przed wiekiem, gdy w czarnym francuskim stroju w karetach ciągnęły delegacye miast przelicznych, by ucałować rękę królewską i złożyć petycyę Sejmującym Stanom; i rynek choć bez starożytnego ratusza na placu, i boczne ulice rozbiegające się od rynku na wsze strony, ledwie tknięte biegiem czasu, takie dziś, jakby nazajutrz po chwilach, gdy tu biło serce kraju; takie same ze staroświeckich szyb okna, takie same wązkie sienie domów i ukryte podwórka, wśród murów grubych, niby fortecznych takie same schody kręcone i ciemne. W kościołach, schroniskach prze-