Strona:Pisarze polscy.djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W poezyi jego nikłej, bladej i niedonośnej kilka głosów nad inne silniejszych brzmi echem dawno zagasłych dni, kilka kart mieni się harmonijnemi, jakby na pół spełzłemi barwy dawnej akwareli, kilka serdecznych dreszczy i żałosnych prawie uśmiechów uśmiech i dreszcz budzi. Za światem zapadającym zwolna, niby ostatnie spojrzenie pożegnania i tęsknoty unoszą się jego niewytworne piosenki, i jeszcze w drżących obrazach przesuwa się przed nami korowód mar bliskich i prawie rumieńcem życia jeszcze rumianych.
Do niepoznania szybko wznosi się Warszawa. W oczach zda się rosną nowe ulice, place, budynki: niepodobne do dawnych, jednym strychulcem wyciągnięte i obce. Zapomniane z dawnych czasów domki z skromnemi kolumienkami, z napisami R-ku P. 1800, dawniejsze nieraz, czekają w nowem otoczeniu melancholijnie dnia nieodwróconej zagłady. W obcych murach olbrzymi tłum nowych przybyszów wre, huczy i przelewa się wirem nieustannym. Niejedna rzuciła ich na bruk miejski burza; z różnych stron przybiegli, jedni szukają ratunku, inni zysku tylko: różnoimienny więc zda się ten tłum, różnobarwny i przeszłości