Strona:Pisarze polscy.djvu/009

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


podobne a coraz inne, lecz nie ma i nie będzie im końca, bo rodzicielem ich czas, smutniejszy jeszcze od nich, a rodzicielką ziemia szeroka, poorana i wichrom otwarta. I źródło, ku któremu się schodzą, poczyna kłębić się i drżeć i falować, jak gdyby samo stało się ich duszą. Przesyca się tajonym dreszczem, który dygoce w ich nerwach, spętany żelazną mocą woli, by nie wybiegł na twarze, nie zatargał licami i nie wstrząsnął ciałem; wchłania w siebie niedosłyszane westchnienie ich serca, najskrytszą treść ich duszy, której na imię cierpienie, i tylko cierpienie — bez wiary, bez nadziei, bez miłości — nic prócz bólu.
Nikt z artystów naszych nie ogarnął orlim wzrokiem, nie odczuł sercem skrwawionem, nie przemierzył myślą zuchwałą całej otchłani cierpienia duszy współczesnej; nikt nie obnażył szczerzej a tkliwiej tego pęknięcia serca, tej rozterki między wolą niezłomną a myślą szyderczą, pogardliwą dla siebie i innych; nikt nie odmalował potężniej bolesnej agonii męczenników nie wierzących w męczeństwo, apostołów bez wiary, niedowiarków, słyszących głosy Dajmona. Jego wzrok duchowy ma jakieś dziwne moce: zdaje się obejmować rzeczywistość, z wstydliwą lubieżnością chwyta jej kształty, pieści się barwą, aromatem, puchem, ale wnet przeżera ją, przegryza, wdziera się pod zwodniczą tkankę zjawisk głębiej i dalej, skąd świat cały przedstawia mu się już nie jako barwna zmiana czarownych żywych widziadeł, ale jako drgający krwią splot wiecznie czujnych serc ludzkich. Twórczość to potężna, ale nawskroś przesycona świa-