Strona:Pisarze polscy.djvu/008

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


...»Płacz jedyny przed obliczem Boga«...
Ktoś płacze... może sosna rozdarta i zwieszona połową konaru nad piaszczystem urwiskiem, może jedna z tych kałuż przeklętych, które ni wyschnąć, ni wsiąknąć nie mogą, może oblane wstydem dziewczęce serce Joasi, może Judymowa, jak bezradne pisklę zagubiona wśród obcych miejskich tłumów, może Marek Katerwa wpatrzony w tajemną głąb swego serca, może pani Ewa, mnąc w palcach rozrzucone na kolanach swych fiołki... ktoś płacze...
I łzy twardnieją, skrysztalają się na brylanty i świecą żarnym, piekącym, niezapomnianym blaskiem. Ale nie one palą najbardziej.
Z nieskończonych orszaków zadumy ku sercu poety, jakby ku źródłu wszechwiednemu, schodzą się cienie o młodych twarzach, suchych, nie wykrzywionych płaczem. Długi, długi orszak: z pokoików studenckich na facyatkach, z dalekiej szwajcarskiej obczyzny, z pustego gabinetu lekarza, z ugoru rażonego przez deszcz i smaganego przez wicher, z prowincyonalnej zgniłej mieściny: dr. Piotr, Judym, Korecki, Winrych, Raduski i cała bezimienna rzesza. Przesuwają się tragiczne duchy,