Strona:Pilot św. Teresy.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„W przeddzień wieczorem cała nasza rodzina zgromadziła się jak zwykle przy stole, przy którym miałam zasiadać po raz ostatni. Jakże rozdzierające są takie pożegnania. Wtedy, kiedy chciałoby się być zapomnianym, najczulsze słowa wyrywają się z ust wszystkich, czyniąc chwilę rozstania jeszcze boleśniejszą.”
Ale przecież w sercach tliły nikłe iskierki nadziei. Nowa Gwineja to nie Karmel. Można z niej wrócić. Czyż ten młody misjonarz nie bywał już w krainach straszniejszych, gdzie śmierć czyhała na każdym kroku, w krainach nienależących do nikogo. A przecie wrócił. Ale jedno zdanie wszystkim utkwiło w pamięci:
— Nie niepokójcie się o mnie w armji. Kalwarję znajdę jako misjonarz.
Na drugi dzień rano Bourjade pożegnał się z rodziną i ze starym domem, pełnym tkliwych wspomnień. W Montauban udał się do jednego ze swych byłych profesorów, z którym łączyły go zażyłe stosunki. Była to jego ostatnia bliska dusza w Europie. Profesor odprowadził go na stację. Przenikliwe gwizdnięcie lokomotywy i — raz na zawsze rozbrat z Europą.