Strona:Pilot św. Teresy.djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A „kiełbasa”? Chybiona? Chyba nie! Strzelałem z tak bliska... Otóż on! Ach! co za radość!
Pokazuje się mały, czerwony punkt, który szybko się powiększa i wkrótce wszystko załamuje się w płomieniach.
Zmykam. Badam spojrzeniem przestworza na prawo i na lewo, przed sobą i za sobą. Nigdzie ani jednego czarnego punkciku. Kule z niemieckich karabinów maszynowych nie dosięgają mnie. Kilka pocisków trzaska, ale artylerzysta, który je wystrzelił, z pewnością nie należy do „asów”.
Mniejsza o to. Odwrót trwa i tak o wiele dłużej niż atak. Na szczęście tym razem wszystko się dobrze skończyło. Niezawsze tak bywa. Ta chwila jest najniebezpieczniejsza i niejeden przysięgał sobie, że nigdy czegoś podobnego już nie przedsięweźmie.”
Od tego dnia Bourjade atakuje bezustannie z furją, wciąż wzrastającą. Celem jego ataków są głównie balony, znienawidzone za ciężkie chwile, które sprawiały żołnierzom w okopach. Ludzie wyjrzeć ze swych nor nie śmieli, wiedząc, że czuwa niestrudzony obserwator, morderczym ogniem łamiący ruch najmniejszy. W krótkim przeciągu czasu Bourjade zniszczył