Strona:Pilot św. Teresy.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wydawania sądów o sprawach ludzkich, które są zresztą tak powszechne, że człowiek, posiadający własną ideę, przechodzi koło ludzi z dobrotliwym uśmiechem przebaczenia, szepcząc: — Boże, odpuść im, albowiem nie wiedzą, co czynią!
Bourjade, w tylu oberżach ojczyzny swej odpoczywając skromnie przy kawałku chleba z serem i szklaneczce wina, patrzył na te „wszystkie nasze dzienne sprawy“ i z duszą, nastrojoną już na ton nadziemski, ale jeszcze nieoderwaną od ziemi, nie mógł potępiać i nie potępiał, albowiem był to głos życia jego własnej ojczyzny.
Któryś z wielkich pisarzy powiedział, że człowiek powinien być w stosunku do śmierci, jak robotnik, którego naraz odwołano od pracy. Spokojnie składa narzędzia i odchodzi, a pracodawca żegna go uprzejmem: — Prowadź Pan Bóg!
Takimi jesteśmy my, ludzie dnia powszedniego. Żyjąc, nie wiemy przeważnie, czem jest życie; umieramy, nie wiedząc, czem jest śmierć. Nie myślimy. I nie staramy się myśleć!
Bourjade widział to oczami, o których nie napróżno mówimy, że patrzyły w niebo, mie-