Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/684

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chorowała, wie to na pewno, bo jej pani powiedziała, że to nie są krople od ślepej kiszki. Żadne tłumaczenia w takim wypadku pomóc nie mogą. Zachowywała się tak, że ją musiałem wyrzucić za drzwi. I to również odniosło skutek. Te chore zachowują się niegrzecznie tylko w stosunku do tych, którzy na to pozwolę.


∗             ∗

Wreszcie ci prawdziwi chorzy, lżej lub ciężej — ale chorzy, którzy bez przesady, bez wyszukanych słów opowiadają o swoich cierpieniach czy obawach. To pacjenci, którzy dają lekarzowi okazję do zajęcia się właściwą pracą, ludzie, z którymi można spokojnie rozmawiać, bez tego nieprzyjemnego uczucia, że się jest oszukiwanym, ludzie, z którymi po kilku tygodniach nawiązuje się kontakt wzajemnego zaufania. Nie przychodzę gdy z tak zwanymi głupstwami, a jeśli np. dokuczają im odciski — to mówią o tym z zażenowaniem, sumitując się, że podobną sprawą zabierają czas. Taki pacjent nie odezwie się nigdy, że nie odczuwa lepszości, ocenia zainteresowanie się jego stanem, jest uprzejmy i grzeczny, rozumie, że musi poczekać na swoją kolejkę, skłonny jest nawet swoje miejsce odstąpić agrawującej chroniczce. Tych chorych widuje się rzadko, częściej w okresie nasileń grypy i anginy, względnie z zaleconą mu dłuższą obserwacją. Do domu wzywają wyjątkowo rzadko i lekarz musi sam im zwracać uwagę na to, żeby nie wyczekiwali w poczekalni z gorączką powyżej SS1, bo mają przecież prawo do wizyt lekarza u nich w domu.
U tych chorych bez względu na ich stopień zamożności znajduje się w domu zawsze przygotowaną miskę z wodą i czysty ręcznik i cały stosunek domowników do lekarza nacechowany jest szacunkiem. Łatwo jest zżyć się z takimi ludźmi i zaprzyjaźnić. Na ulicy uśmiechamy się do siebie, jak starzy dobrzy znajomi, przekomarzam się z dziećmi, które na mój widok nie podnoszą wrzasku, interesuję się bytem tych ludzi, staram się podnieść ich nastrój w okresie choroby, czy utraty pracy, lubię ich, okazuję im to i czuję, że jestem lubiany.
Z takimi ludźmi praca jest miła, wiele można osiągnąć perswazją, nawet w wypadkach kiedy mają te lub inne powody do niezadowolenia. Zgłosiła się do mnie żona robotnika G., która od roku choruje na moknący wyprysk ręki i podudzia. Pół roku leczyła się w Ubezpieczalni u specjalistów, jednak bez efektu. Zwracała się do kilku lecznic, również bezskutecznie. Zaczęła kupować gdzieś na Kruczej jakieś ziołowe maści, które jej ktoś nastręczył, odczuwała pewną ulgę, ale robiło jej to znaczne szczerby w budżecie. Przyszła do mnie, żeby jej taką ziołową maść zapisać. Widziałem, że była bardzo zniechęcona do szeregu lekarzy, którzy się nią zajmowali. Powiedziałem, że maści tej zapisać nie mogę, bo skład jej jest tajemnicą firmy, która ją produkuje, ale, że zajmę się jej chorobą, która jest uleczalna i jeśli po środku, jaki jej zastosuję, nie będzie popra-